Lijewski: cały czas walczyliśmy ze sobą i z naszymi słabościami

Rok 2025 był dla Industrii Kielce okresem walki z własnymi słabościami oraz problemami zdrowotnymi zawodników. Drugi trener 20-krotnych mistrzów Polski Krzysztof Lijewski zaznacza, że każdy powrót kluczowego gracza dawał drużynie impuls do osiągania lepszych wyników, a także liczy na pozytywną przyszłość.

Jaki to był rok dla Industrii?
– Ciężki. Na pewno ciężki, gdyż mieliśmy wzloty i upadki. Czasami jesteś odbierany przez pryzmat tego, jakie masz wyniki na końcu sezonu. My w tamtym sezonie wygraliśmy Puchar Polski i to w fajnym stylu, za co chwała chłopakom. Mistrzostwa Polski nie odbiliśmy jednak z rąk Orlenu Wisły Płock i to na pewno mnie nie cieszy. Ten sezon zaczęliśmy natomiast bardzo dobrze, gdyż wygraliśmy historyczny, bo pierwszy dla nas Superpuchar kraju, grając w Łodzi właśnie przeciwko drużynie z Płocka. Było to bardzo solidne spotkanie z naszej strony. Zaczęliśmy też bardzo dobrze zmagania w Lidze Mistrzów. Mecz domowy z Kolstad zakończył się zdecydowaną wygraną. Później wszystko się jednak „posypało” przez kontuzje bądź jakieś mikrourazy, które wykluczały kluczowych zawodników z gry. Mam na myśli Aleksa Vlaha, Alexa Dujszebajewa, Michała Olejniczaka czy Piotra Jędraszczyka. Jak ktoś wrócił, to za chwilę ktoś inny po chwili skręcił kostkę. Jak ktoś wyleczył kostkę, to znowu komuś „strzelił” mięsień. Tak naprawdę cały czas walczyliśmy ze sobą i z naszymi słabościami, a nie z tym, do czego się przygotowywaliśmy, czyli do walki z przeciwnikiem na parkiecie. Kiedy wszyscy zawodnicy wyzdrowieli i wrócili do pełni sprawności, widzieliśmy namiastkę tego, co ci chłopcy mogą zrobić na parkiecie. Widzieliśmy dobry występ już w Bukareszcie oraz bardzo dobry domowy mecz z Aalborgiem. Był to udany pojedynek, chociaż ciężki z psychologicznego punktu widzenia, bo tak naprawdę wyjście z grupy zapewniało domowe starcie z Dinamem. Ponadto ostatnie spotkanie, które mieliśmy przyjemność grać w Nantes, które też podniosło nasze miejsce w tabeli o jeden stopień. To pokazuje, że ta drużyna ma bardzo duży potencjał. Jeżeli jesteśmy wszyscy zdrowi, to jesteśmy w stanie walczyć z każdym. Ja sobie tego życzę, że jeżeli będzie zdrowie i wszyscy gracze będą do dyspozycji trenera Tałanta Dujszebajewa, to jesteśmy w stanie walczyć z każdym.

Jest trochę żal tych przegranych spotkań, na przykład wyjazdowego z węgierskim Veszprem?
– Oczywiście, że jest żal. Jeżeli chcesz walczyć z najlepszymi w Europie, musisz mieć szeroką i zdrową ławkę jak i całą kadrę. Jeżeli jeden zawodnik wypada z gry na czas nieokreślony, wchodzi w jego miejsce drugi, który też łapie kontuzję to jest trudno. Mam tu na myśli przykład z Veszprem – złamany nos Aleksa Vlaha, który nie trenował przez dwa, trzy tygodnie i bez treningu jedzie na mecz do Veszprem. Jego dyspozycja w tym spotkaniu była wielką niewiadomą. Tałant postawił wówczas na Michała Olejniczaka, który na rozgrzewce powiedział, że boli go pachwina i chyba ją naderwał. Są więc pewne rzeczy, których nie przewidzisz, możesz je kalkulować, ale nie zawsze sobie z nimi poradzisz. Natomiast sam pojedynek z Veszprem pokazał, że mimo tych kontuzji i absencji zawodnicy byli w grze do końca. Wydaje mi się, że gdybyśmy mieli troszeczkę więcej czasu niż regulaminowe 60 minut, to moglibyśmy złapać Węgrów.

A tego remisu z Aalborgiem w Hali Legionów?
– Już mówiłem chyba na jakiejś konferencji, że ten punkt w tabeli teoretycznie nic nam nie dawał, ale mentalnie dał nam bardzo dużo. To był jeden z pierwszych meczów po tej serii kontuzji, kiedy wszyscy zawodnicy byli do dyspozycji. Naszą dobrą grą „pchnęliśmy” też naszych wspaniałych kibiców w Hali Legionów do jeszcze mocniejszego dopingu. To fajne zjednoczenie i połączenie pokazało, że wspólnymi siłami możemy pokonać każdą drużynę. Ten remis był na pewno pechowy, ale dla nas był jak wygrana, bo wszyscy widzieli, kto był lepszą drużyną. Dla samych zawodników to starcie pokazało, że jeżeli możesz wygrywać z Aalborgiem, który jest jednym z faworytów nie tylko do Final Four, ale moim zdaniem do gry w wielkim finale, to możesz walczyć z każdym.

Patrząc na to, co działo się potem w grupie, ten punkt z Aalborgiem może przeważyć o awansie.
– Teraz tak. Nikt nie przypuszczał, że Kolstad może urwać punkty Berlinowi oraz że nie wygra w Bukareszcie. Ta grupa pokazuje, że drużyny są bardzo mocne i jeżeli nie podejdziesz rzetelnie do swoich obowiązków, możesz przegrać. Cieszymy się, że najgorsze mamy, mam nadzieję, już za nami. Przed nami jeszcze cztery kolejki w nowym roku. Zagramy u siebie z Veszprem – to bardzo istotne spotkanie. Potem jedziemy do Berlina, a wiemy jaki to teren i jak ciężkie są tam warunki do grania. W kolejnym starciu wracamy do domu, gramy ze Sportingiem Lizbona, który jeszcze nie gościł w Hali Legionów. Mam nadzieję, że zawodnicy „zatroszczą się” o dobre przywitanie ich na boisku. Ostatni wyjazd to Norwegia i Kolstad. Moim zdaniem jest kilka punktów do zdobycia, które mogą nas jeszcze wypchnąć w górę tabeli.

Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące – co uległo poprawie w waszej grze?
– Drużyna w perspektywie ostatniego roku za bardzo się nie zmieniła. Doszli m.in. Piotrek Jędraszczyk i Piotrek Jarosiewicz. Cieszy to, że pozycja środkowego rozgrywającego jest dobrze obsadzona. To newralgiczne miejsce, gdzie sterowany jest cały atak pozycyjny, a nie tylko kontratak. Cieszymy się, że Aleks Vlah szybko wkomponował się w zespół, bo to dla nas wartość dodana. Naszym największym wrogiem nie jest przeciwnik, tylko kontuzje i czasami my sami, jeżeli nie jesteśmy mentalnie przygotowani do walki. Pozostałe rzeczy funkcjonują bardzo dobrze – nie możemy narzekać na bramkarzy, tak samo na każdej innej pozycji. Każdy, kto wchodzi na parkiet, stara się wywiązywać ze swoich zadań jak najlepiej. Dlatego na ostateczną ocenę spinającą to wszystko „klamrą” musimy poczekać do ostatniego pojedynku w sezonie.

Na początku rozgrywek mówiło się, że w kluczowych momentach brakuje wam przysłowiowego „gwoździa”.
– Były takie momenty, zarówno w tym, jak i w poprzednim sezonie. Powtarzało się to, że graliśmy falami. To jest też pokłosie ograniczonej kadry i tego, że zawodnicy wracali po kontuzjach, ale nie byli w rytmie meczowym. Trzeba pamiętać, że zawodnik wracający po kontuzji jest do dyspozycji na treningu, ale to nie znaczy, że jest gotowy na 100 procent do meczu. Jeśli ktoś przeczyta kiedyś, że zawodnik wraca po kontuzji, to nie znaczy, że jest on gotowy do grania. Gracz jest do dyspozycji, ale nie da ci pełni możliwości, gdyż był jakiś czas poza składem. Stąd myślę, że widoczne są u nas te wahania formy. Grasz dobrą pierwszą połowę u siebie z Nantes, a po 10 minutach drugiej połowy brakuje nam sił. To jest też przez tę sytuację, że ta kadra była uszczuplona, że brakowało paliwa. Jeżeli chcesz wygrywać z najlepszymi, musisz mieć paliwo w baku na pełne 60 minut i utrzymać odpowiedni rytm oraz intensywność.

Nowi zawodnicy udźwignęli presję grania w Kielcach?
– Moim zdaniem tak. Nikt nie spodziewał się, tego że Piotr Jarosiewicz będzie tak dobrym egzekutorem rzutów karnych. Oczywiście każdy się myli, ale pokazał bardzo mocną psychikę już na początku sezonu, w ciężkich momentach pod kątem psychologii sportu, także w Superpucharze (wykonał decydujący rzut w serii „siódemek” – przyp.red.). Piotr Jędraszczyk szybko zaaklimatyzował się w drużynie, pomogła mu w tym wcześniejsza praca z Patrykiem Romblem w reprezentacji, który naśladował Tałanta i pewne schematy pozostały. Gra systemem hiszpańskim, nie była więc dla niego obca i szybko złapał rytm oraz mentalność, którą Tałant potrzebuje. Aleks Vlah to zawodnik z najwyższego topu, bo jeżeli grasz dla reprezentacji Słowenii, gdzie jest dziesięciu innych środkowych rozgrywających, bo gdybyś się uparł to znalazłbyś tylu na jedną pozycję, a on jest tam jednym z liderów. Wzięliśmy, więc gracza który daje nam jakość. Jeżeli jest tylko zdrowy, to jesteśmy o niego spokojni.

Tym bardziej, że wchodzi w buty Igora Karacicia.
– Igor napisał wspaniałą historię i na pewno zostanie w pamięci kibiców w Hali Legionów. Ja bym sobie tego tylko życzył, żeby Aleks napisał podobną, jeśli nie lepszą.

Ten sezon wydaje się lepszy dla braci Dujszebajewów. Czy jest to spowodowane również tym, że są podwójnie zmotywowani faktem, iż jest to ich ostatni rok w Kielcach?
– Na pewno. Z tyłu głowy jest coś takiego, że to ostatni moment, żeby zakończyć tę przygodę w Kielcach z przytupem. Jeżeli wiesz, że dni do końca twojego kontraktu zbliżają się ku końcowi, jesteś dodatkowo zmobilizowany, żeby jeszcze ciężej pracować, więcej dołożyć na siłowni i więcej pracować wtedy, kiedy nikt nie patrzy. To jest cecha profesjonalistów, czyli ta ciężka praca, która jest niewidoczna gołym okiem dla innych „zjadaczy chleba” i dla przypadkowych ludzi, którzy interesują się sportem tylko sporadycznie. Jeżeli wiesz, że za chwilę ciebie tutaj nie będzie, chcesz się po prostu pożegnać w jak najlepszym stylu, a nie ma lepszego stylu niż odchodzić z klubu z sukcesami.

Patrząc na to, jak ułożył się ten sezon – Marcel Latosiński miał być użyczony do Anilany Łódź, a okazało się, że gra w Kielcach zdecydowanie więcej niż przewidywano.
– Dlaczego? Dylan Nahi przeszedł latem operację barku, a rehabilitacja się przeciągnęła. Tałant słusznie uznał, że nie można go wrzucać na głęboką wodę bez odpowiedniego przygotowania treningowego, o czym mówiłem już wcześniej. Marcel dostał swoje szanse, już na obozie przygotowawczym, na którym prezentował się bardzo dobrze. Poza tym fajnie uzupełnia się z kolegą z pozycji Piotrkiem Jarosiewiczem więc dostał szansę i ją wykorzystuje. Jest młody, ma swoje wady i zalety, czasem ponosi go fantazja, ale jest pokorny, słucha i ciężko pracuje. Jeśli masz takie cechy, to możesz dużo osiągnąć w sporcie zawodowym.

Patrząc też na transfery, to trzeba wspomnieć o Hassanie Kaddahu. Czy to nie jest jedna z najsmutniejszych historii ostatnich lat w Kielcach? Jeśli chodzi o to, z jaką łatką przychodził i co prezentował na parkiecie?
– Hassan przychodził tu tak, jak mówisz, z „łatką bombardiera”, czyli gościa, który dostarczy ci masy bramek z dalszej odległości, bo taka była jego charakterystyka. Natomiast po operacji stopy było jednak widać pewne deficyty ruchowe, które nie pozwalały mu pokazać całego wachlarza umiejętności. Zawodnik sam starał się podnosić swój poziom do takiego, który był przed kontuzją. Ciężko pracował indywidualnie, również poza halą, jednak pewnej bariery nie mógł przeskoczyć. Wiesz sam, interesujesz się piłką ręczną – nasz sport coraz bardziej ewoluuje w kierunku szybkości i dynamiki. Jeżeli nie masz indywidualnej sprawności i właśnie tej dynamiki, trudno zrobić przewagę albo zdobyć bramkę. Hassan widział, że trochę tego mu brakowało i doszło do momentu, że zaczęto rozmawiać o jego przyszłości w klubie. A jaka jest ta jego przyszłość w naszym klubie to już wiemy, czyli jej nie ma.

A teraz rozglądacie się za zastępstwem za Hassana?
– Z tego, co wiem, tak. Ale pytanie proszę kierować nie do mnie, bo ja nie zajmuję się transferami – bardziej do Tałanta Dujszebajewa albo do dyrektora sportowego.

Europejska Federacja Piłki Ręcznej ogłosiła, że w nowej Lidze Mistrzów pewny udział mają zespoły z dziesięciu najlepszych lig, w domyśle ich mistrzowie oraz drużyny, które uzyskają dzikie karty, w tym ekipy spoza Europy.
– To nie zwalnia nas z obowiązku odzyskania tytułu mistrza Polski. To jest temat, który nie budzi żadnej wątpliwości – celem naszego klubu jest 21. tytuł mistrza kraju. Wiemy, że lekko nie będzie. Wiemy też, że drużyna z Płocka z roku na rok jest coraz silniejsza i ma coraz lepszych zawodników, ale to jednocześnie rosnąca mobilizacja dla nas. Im cięższy przeciwnik, im lepszy przeciwnik, tym większy smak zwycięstwa jeżeli wygrasz ten tytuł. Oczywiście nie zrobisz tego w łatwy sposób, to nie jest to samo – musisz go wywalczyć na parkiecie. Do tych meczów jeszcze daleka droga, ale jak wspomniałem na początku wywiadu, jeśli wszyscy zawodnicy będą zdrowi i do dyspozycji mogą ten tytuł dla Kielc zdobyć.

W pierwszym ligowym starciu z Orlenem Wisłą Płock przegraliście 27:32. Sześciobramkowa wygrana w Orlen Arenie dałaby rozstawienie (czyli ewentualne dwa mecze finału w Hali Legionów), czy jest to realne?
– Wszystko da się zrobić. Pamiętaj, że potyczki na najwyższym poziomie zazwyczaj rozstrzygają bramkarze. Jeżeli masz dobrych bramkarzy, a my takich mamy, którzy są w stanie zrobić różnicę, masz znacznie większe szanse na zwycięstwo. Jeżeli masz bramkarza, który w dniu meczu „daje coś ekstra”, czyli więcej niż zwykle, to procent szans na wygraną rośnie. Wierzę w to, że tak będzie, gdyż jest to pozycja, nad którą na co dzień Tomek Blaszkiewicz ciężko pracuje z naszymi trzema „wariatami” – bo to nie są „normalni ludzie” stojący między słupkami, a piłka leci 100 km/h w ich stronę. Wierzę, że jeśli oni utrzymają formę w marcu to możemy tego dokonać.

Jeśli spojrzymy na bramkarzy, to Klemen Ferlin – jego historia dołączenia do Kielc, to że wszedł do kieleckiej bramki w środku tamtego sezonu i cały czas utrzymuje wysoki poziom dużo znaczy. Warto dodać, że nie opuszczają go jednak urazy „treningowe”.
– Pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Bramkarz, brzydko mówiąc wprost, ma płacone za to, żeby bronił. Nie jest odpowiedzialny za rzucanie bramek czy asystowanie. Jego zadaniem jest obrona piłki. Czy obroni piłkę klatką piersiową, czy głową – to już inna sprawa. Będąc młodym adeptem piłki ręcznej ktoś widział w nim predyspozycje do bycia bramkarzem. Jeżeli broni to swoim ciałem, musi wziąć pod uwagę, że czasami poniesie konsekwencje – jak w przypadku Klemena z urazem serca czy kiedy dostał w oko i miał problemy z siatkówką. Takie rzeczy zdarzają się na dwa, trzy tygodnie, ale to normalne w sporcie. Od Klemena nie będziemy wymagać, żeby rzucał karne czy biegał do kontrataków, bo tego nie wymaga sport zespołowy. Drużynowa rywalizacja w mojej opinii jest najlepszą formą rywalizacji sportowej ze wszystkich dyscyplin.

To chyba jeden z najlepszych ruchów w ostatnich latach, jeśli chodzi o pozycję bramkarza?
– Klemen to światowej klasy bramkarz. Zawsze był mocnym ogniwem reprezentacji Słowenii. Jeżeli grał przez kilka dobrych lat w Bundeslidze i miał tam bardzo dobry procent skuteczności, to klub zrobił świetny ruch, ściągając go do Kielc.

Po sezonie operację rekonstrukcji obrąbka stawowego w lewym barku przejdzie natomiast Arkadiusz Moryto. Do gry zapewne powróci w połowie kampanii 2026/2027.
– Mam nadzieję, bo jakoś z tym będziemy musieli sobie poradzić. Wierzę głęboko, w to że zabieg, który Arek podejmie po sezonie, przejdzie pomyślnie i szybko, a rehabilitacja zostanie zakończona sprawnie. Wiemy, że te kilka miesięcy trzeba będzie odczekać. Sam wiem, gdyż miałem dwie operacje barku i przez siedem miesięcy nie było mnie w sporcie – bardzo to przeżyłem – ale wierzę, że Arek będzie dobrze otoczony opieką medyczną tutaj w Kielcach i dobrze przejdzie rehabilitację, wracając szybko do gry. Czasami, takie rzeczy się zdarzają – kontuzje były, są i zawsze będą w sporcie: skręcisz kostkę, naderwiesz mięsień, ktoś przypadkiem cię pociągnie za rękę w ferworze walki. Na to nie jesteś w stanie się przygotować. Możesz tylko liczyć na to, że po urazach wszyscy szybko wrócą do zdrowia.

Po raz kolejny spora grupa kieleckich szczypiornistów może zagrać w wielkim turnieju. Czterech graczy znalazło się w szerokiej kadrze reprezentacji Polski (Arkadiusz Moryto, Piotr Jarosiewicz, Michał Olejniczak i Piotr Jędraszczyk) zgłoszonej do styczniowych mistrzostw Europy piłkarzy ręcznych. Wyróżnieni przez selekcjonerów zostali także Hiszpanie Alex i Daniel Dujszebajewowie, Francuzi Dylan Nahi, Theo Monar oraz Słoweńcy Aleks Vlah i Klemen Ferlin. Reszta graczy będzie się przygotowywać w Kielcach. Jak radzicie sobie z tym, że na miesiąc wypada znaczna część składu i trzeba na szybko ich wdrażać w nowe założenia?
– To kwestia dobrego wkomponowania zawodników, którzy są obciążeni treningowo i meczowo, z tymi, którzy są dobrze przygotowani fizycznie, ale grania mieli mniej. Trzeba to robić bardzo dobrze, co Tałant robi przecież z roku na rok i w podobnym stylu. Zawodnicy, którzy grali najwięcej na mistrzostwach Europy czy Świata w styczniu, po powrocie zazwyczaj nie występują w pierwszym starciu czy dwóch w Superlidze. Oni są fizycznie mocni, cały czas zmęczeni, ale mocni, bo byli przygotowywani do turnieju. Psychicznie są zmęczeni sportem, bo masz co dwa dni mecz, mecz, mecz i żyjesz w stresie – czekasz na wyniki, na sukcesy. Jak wygrasz – fajnie, jak przegrasz – niefajnie. Oni muszą odpocząć i naładować baterie, ale rytmu meczowego nie stracą. Natomiast trzeba podciągnąć tych, którzy nie pojechali na mistrzostwa albo wrócili szybko, żeby jak najszybciej wzięli piłkę do ręki i zaczęli grać. Tałant robi to bardzo dobrze – mądrze rotuje składem. Ci, którzy byli na mistrzostwach, mogą troszeczkę odpuścić, ale siłowo i biegowo są dobrze przygotowani. Ci, którzy na turnieju nie byli, jak najszybciej muszą złapać piłkę w ręce. Oczywiście praca fizyczna też jest obowiązkowa, i jak najszybsza gra z przeciwnikiem.

Polacy zagrają w grupie z Węgrami, Islandią czy jednym z największych zaskoczeń ostatniego mundialu Włochami. To trudna grupa?
– Czy są teraz jakieś łatwe grupy? Węgrzy, Islandia i Włosi. Włosi już nie są Włochami sprzed 10 czy 15 lat. Każda nacja się rozwija, jedni małymi kroczkami, a inni większymi. Wydaje mi się, że w przypadku drużyny z Italii, zrobili bardzo duży progres i wcale nie będzie łatwo z tą drużyną. Uwierz mi, że jeśli nasi kadrowicze, nasza reprezentacja choć na chwilę odpuści w tym pojedynku, to może być problem. Wiadomo, że z pozostałymi dwoma drużynami Polacy faworytami nie będą. Może to lepiej, bo tu wchodzi psychologia sportu i to, że nie masz nic do stracenia, a możesz tylko wygrać, podczas gdy oni muszą udowodnić swoją wyższość. Czasami te ręce mogą zadrżeć w ważnych momentach.

Drugą najciekawszą grupę ma reprezentacja Hiszpanii, która zagra kolejno: z Serbią, Austrią oraz z Niemcami.
– Teoretycznie faworytem do wyjścia z pierwszego miejsca są Niemcy, Hiszpania również, ale Austriacy też nie są słabi. Serbowie to bardzo utalentowana nacja. Wielcy, utalentowani zawodnicy, porozrzucani po najlepszych klubach w Europie, z nowym trenerem – Raulem Gonzalezem, którego pracę przecież dobrze znamy z Paryża. Może to być „czarny koń” turnieju. Nie musi, ale jeżeli zawodnicy poznali już system treningowy oraz model hiszpańskiego grania i się do niego przekonają, to może być ciekawie.

To kto będzie faworytem całego turnieju?
– Oczywiście Duńczycy. Ale nie skreślałbym Francuzów, Niemców ani Islandczyków. Islandia na ostatnich mistrzostwach świata zagrała wspaniały turniej, przegrali chyba tylko jeden mecz i przez to nie awansowali do półfinału, grając wcześniej piękny dla oka handball. Są też nieobliczalni Hiszpanie czy Szwedzi, którzy są zawsze mocni. Turniej Mistrzostw Europy jest o wiele trudniejszy do rozegrania niż Igrzyska Olimpijskie czy Mistrzostwa Świata, bo tu nie ma potyczek „na rozgrzewkę”. To drużyny gotowe, aby wygrać z tobą już w pierwszej fazie. Jeżeli ekipy nie wejdą dobrze w turniej, szczególnie w mecze inauguracyjne, to może być dużo niespodzianek.

Nie ma łatwych spotkań, co potwierdza chociażby starcie Polek z Tunezyjkami na ostatnich mistrzostwach świata.
– Podałeś bardzo dobry przykład. Świat piłki ręcznej bardzo się zacieśnił jeśli chodzi o różnicę między dobrymi a słabszymi drużynami. Wszyscy bardzo ciężko pracują, jest wymiana trenerów, myśli oraz koncepcji. To wszystko idzie w dobrym kierunku. My jednak musimy patrzeć na siebie i nie skreślać naszych chłopaków. Głęboko wierzę, że jeżeli trener Jota Gonzalez będzie miał zdrową ekipę i tych zawodników, na których postawił, to na pewno tanio skóry nie sprzedadzą.

Jota Gonzalez ma za asystenta dobrze znanego w Kielcach Julena Aguinagalde.
– Myślę, że Julen będzie łącznikiem między głównym trenerem a drużyną. Zna język, mentalność naszych chłopaków, ale zna także taktykę trenera Gonzaleza. To był bardzo dobry ruch Związku Piłki Ręcznej w Polsce, że poprosił go o współpracę. Julen będzie takim spoiwem, pomostem między trenerem a zawodnikami.

A czy jako zawodnik wykazywał takie predyspozycje trenerskie?
– Julen był zawsze bardzo inteligentnym nie tylko sportowcem, ale i człowiekiem. Zawsze można było z nim porozmawiać nie tylko o czystej taktyce, ale też o sprawach prywatnych. Ma szerokie horyzonty, z których mogłeś czerpać garściami i słuchać czasami jak Julen mówi. On zawsze dużo mówił, czasami mówi się, że w takim przypadku mówi się też bzdury, jednak on zawsze mówił z sensem. Ja prywatnie bardzo się cieszę, że Julen jest w sztabie „biało-czerwonych”, bo to chłopak, który jest legendą światowego handballu. To człowiek, który swoim doświadczeniem może dużo pomóc naszym kadrowiczom.

Jak zmieniły się Kielce od 2012 roku czyli od momentu gdy przybył Pan do naszego miasta?
– Miasto strasznie się zmieniło. Kielce, gdy ja tu przyjechałem, to zawsze ludzie, znajomi z innych części kraju mówili mi: „Zobaczysz, że to nie jest aż tak kolorowo, jak sobie to wszystko wyobrażasz. Wracasz z Hamburga do miasta 160-tysięcznego, to sam zobaczysz”. A ja byłem bardzo pozytywnie zaskoczony tym, co spotkałem po przyjeździe. Bo miasto miastem, dla mnie najważniejsi są ludzie. Ja spotkałem tutaj wspaniałych ludzi, z którymi utrzymuję kontakt do dzisiaj, dzięki którym ja też prywatnie mogę się rozwijać i poszerzać horyzonty – o których mówiłeś wcześniej w kontekście Julena. Jestem tutaj bardzo szczęśliwy razem z żoną. Mieszkaliśmy przecież pod Kielcami, nasze dzieci urodziły się na Czarnowie, więc one są stuprocentowymi „scyzoryczkami”. Ja nim nie będę, bo nie jestem rodowitym kielczaninem, ale na pewno moje dwie córki już do końca życia ten przydomek będą mogły sobie wpisać – oczywiście mówiąc pół żartem pół serio.

Czyli córki będą kielczankami, ale sam trener nie czuje się kielczaninem już po tylu latach?
– Ja zawsze byłem i jestem z Ostrowa. Urodziłem się w Ostrowie Wielkopolskim, z tego miasta pochodzę i nawet jeżeli będę mieszkał 20 lat w innym kraju, w Hiszpanii czy w innych krajach albo w innych miastach, to ja zawsze będę mówił, że moje korzenie są z Ostrowa.

Ma pan jakieś ulubione miejsce w Kielcach do spędzenia wolnego czasu?
– Wcześniej, jeszcze zanim mieliśmy dzieci, kiedy czasu wolnego było więcej, to często po prostu spacerowaliśmy z żoną po ulicy Sienkiewicza. To jest serce miasta, bardzo urokliwe, szczególnie jesienią oraz zimą i wieczorami, kiedy wszystko jest ładnie oświetlone. To ma taki urokliwy klimat, który naprawdę chwyta za serce. Fajna jest też Kadzielnia, oczywiście świetny jest park przy Hotelu Binkowski. Tych miejsc jest naprawdę bardzo dużo. Nie skupialiśmy się tylko na jednym, ale w miarę możliwości poznawaliśmy Kielce z różnych stron.

A był Pan na meczu Korony, tak jak trener Jacek Zieliński bywa na „Iskrze” przy okazji spotkań Ligi Mistrzów?
– Nie, jeszcze nie byłem. Kiedyś miałem zaproszenie na jakiś mecz, niestety córka zachorowała i musiałem to zaproszenie odwołać. Ale mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się wybiorę. Koronę oczywiście śledzę, kibicuje i wspieram.

Rozmawiał: Piotr Okła

Powrót na początek strony